Paweł Sar

18 Lipiec 2016

Moja historia jako dawcy to jedynie kilkanaście miesięcy. Tak naprawdę wszystko zaczęło się parę lat wcześniej, kiedy Gosia, moja żona, zarejestrowała się w bazie. Od tamtego czasu okazjonalnie rozmawialiśmy o dawstwie szpiku, ale nie mogłem się zdecydować.

Pod koniec 2014 roku w moim mieście pojawiły się informacje odnośnie akcji poszukiwania dawcy dla chorej Justyny. Justyna była nauczycielką języka polskiego. Akcję zorganizowali jej bliscy, przyjaciele i wychowankowie (zresztą koledzy szkolni moich synów). Okazało się, że i Gosia zna Justynę, razem kiedyś pracowały w liceum. I wtedy przyszła myśl, żeby jednak zarejestrować się w DKMS. Dlaczego taka zmiana decyzji? Może to prośba w spojrzeniu mojej żony, a może słowa Justyny: „Lekarstwo na raka krwi masz w sobie, wystarczy, że podzielisz się nim z innymi, którzy go potrzebują. Masz szansę uratować życie mnie i innym!''. Tak czy inaczej - moje dane pojawiły się w bazie.

Niedługo okazało się, że to dopiero początek. Wiosną 2015 roku odebrałem telefon z pytaniem, czy podtrzymuję chęć bycia dawcą. Pan z DKMS stwierdził: „Chory chyba na pana czekał”. Potem (już po oddaniu komórek macierzystych) dowiedziałem się, że mój bliźniak to mężczyzna, który mieszka w Polsce. Po wstępnych badaniach nastąpił mały zastój. Co kilka tygodni odbierałem informacje z DKMS, że klinika biorcy prosi o wydłużenie terminu. Najpierw do czerwca, potem do końca sierpnia. Chyba coś niedobrego działo się z moim Biorcą.

Wreszcie, na początku października, dostałem telefon - zaczynamy. Pojechałem na badania do Warszawy. Po tygodniu Pani doktor zadzwoniła, że niestety nie mogę być dawcą, ponieważ moje wyniki wskazują na jakiś problem z płucami. Trochę mnie to zaskoczyło, bo termin pobrania już został wyznaczony na tydzień później. Z jednej strony opadł stres - nie będę musiał przyjmować koniecznych przed oddaniem szpiku zastrzyków w brzuch. Po chwili jednak doszedłem do wniosku, że nie mogę się tak łatwo poddać. Przecież mój Biorca już długo czekał. Może nie mieć zbyt dużo czasu… Zrobiłem dodatkową tomografię klatki piersiowej. Okazało się, że wszystko jest jednak w porządku i mogę być dawcą. Niestety cała procedura została wstrzymana i dopiero pod koniec listopada musiałem jeszcze raz zrobić badania w Warszawie. Termin pobrania komórek macierzystych wyznaczono na 14 grudnia. Sam zabieg trwał kilka godzin i tak naprawdę nie „doskwierał” mi żaden ból, tylko… ciągłe zagadywane mojej kochanej żony, która na prośbę pielęgniarek usilnie nie pozwalała mi zasnąć (prowadzący pobranie cały czas kontrolują stan dawcy i dlatego sen nie jest wskazany).

Po wszystkim przyszedł czas na odpoczynek. Pojawiło się też pytanie ze strony Fundacji, czy gdyby trzeba było jeszcze raz… bo czasem chory potrzebuje dodatkowej „pomocy”. Myślałem, że nie będzie takiej konieczności. Okazało się jednak, że jest inaczej. Po sześciu miesiącach znów odebrałem telefon z DKMS. Potrzeba kolejnego pobrania, tym razem limfocytów. Procedura wyglądała dokładnie tak samo, jak poprzednim razem - nie było tylko potrzeby przyjmowania zastrzyków. Drugi zabieg przebiegł pomyślnie.

Teraz czekam. Mam nadzieję, że mój genetyczny bliźniak szybko będzie wracał do zdrowia. Mam nadzieję, że za dwa lata uściśniemy sobie ręce.

Ps. Podczas drugiego zabiegu towarzyszyła mi bardzo miła Pielęgniarka, od której dowiedziałem się, że także dla Justyny znalazł się dawca i choroba została pokonana.