Historia Dawcy

Karol Goczoł - historia dawcy komórek macierzystych

16 Kwiecień 2019

Historia wygląda jak wiele innych. Pomagam we wszelki sposób mojej rodzinie i dziadkom  w życiu codziennym. Jestem uczniem szkoły technicznej w której poznałem ludzi z pasją motoryzacyjną i nie tylko. I tak też interesuje się motoryzacją, fotografią i kolarstwem górskim.
Swoją przygodę z fundacją zacząłem w zeszłe wakacje. Przeglądając Internet natrafiłem na reklamę fundacji DKMS. Wchodząc na ich stronę zacząłem czytać, o co tak naprawdę chodzi. Wzruszyły mnie też historie dawców. Uświadomiłem sobie, że to jest coś niesamowitego, dzięki mnie można komuś pomóc, zwalczyć chorobę i wydłużyć czyjeś życie. Więc stwierdziłem, że może jest gdzieś na świecie mój brat albo siostra genetyczna potrzebująca niewielkiej, a jednak tak ważnej cząstki mnie.
Zarejestrowałem się, wysłałem  pakiet rejestracyjny. Na początku było to odliczanie, kiedy zadzwonią i tak minęło trochę czasu, aż przestałem to liczyć. Myślałem, że nigdy to się nie wydarzy, a jednak. Tuż przed moimi 19 urodzinami dzwoni telefon z warszawskim kierunkiem.
Pierwsza myśl taka, że to znowu dzwonią z jakąś niby zmianą umowy sieciowej, czy czymś podobnym. Jednak po odebraniu telefonu byłem bardzo zaskoczony, iż jestem komuś potrzebny. Odebrało mi mowę, okazało się, że znalazł się mój bliźniak, który potrzebuje mnie i czy wyrażę chęć pomocy. Po rozmowie z rodzicami i pewną znajomą osobą podjąłem decyzję, że zgadzam się na oddanie szpiku. Poszedłem na pierwsze badania krwi, które  potwierdziły zgodność z biorcą. Dostałem kolejny telefon, szpik będzie pobierany z talerza kości biodrowej. Jednak następnego dnia zmieniono decyzję, komórki macierzyste zostaną pobrane z krwi obwodowej. Następnym etapem były badania dotyczące stanu mojego organizmu,  czy nie mam jakichś chorób i czy organizm nie produkuje przeciwciał. Z początku nie mogłem w to uwierzyć, że do tego dojdzie, aż do momentu w którym nastał ten wielki oczekiwany dzień. Na początku jadąc z mamą na oddanie szpiku  bałem się, czy dam radę. Wszystkie lęki zniknęły siadając na fotelu, w którym mnóstwo ludzi zrobiło coś więcej w swoim życiu. I ta myśl w głowie, że ja również robię coś mega fantastycznego.
Ten dreszcz emocji, który towarzyszy od pierwszych sekund pobrania aż do końca to coś niesamowitego i nie do opisania. Po kilku godzinach zadzwonił mój koordynator i wywołał łzy na mojej twarzy. Pomogłem małemu chłopczykowi z Polski. Z wrażeń i emocji towarzyszących zasnąłem podczas podróży powrotnej.

Jestem zwykłym człowiekiem, którego można mijać na ulicy, ale szczęśliwym, że brałem udział w ratowaniu czyjegoś życia.

I porostu nie uwierzycie ale pobranie nic nie bolało.Teraz z całego serca trzymam kciuki za mojego brata genetycznego i codziennie myślę o nim, zastanawiam się co u niego.

Uwierz mi, było warto! Ty też możesz uczynić ten gest.

Zastanów się i zaangażuj się w swoje życie, ale także w przyszłość czyjegoś życia. Bardzo dziękuję tym którzy mnie wspierali. Moja misja się nie kończy, a dalej trwa...