Klaudia Aramowicz

19 Wrzesień 2018

Cześć, nazywam się Klaudia i w sierpniu oddałam szpik młodej (dorosłej) dziewczynie chorej na nowotwór krwi.

Jako potencjalny dawca komórek macierzystych zarejestrowałam się w swoje osiemnaste urodziny. Decyzję przemyślałam i podjęłam już przed urodzinami, więc po prostu cierpliwie czekałam na dzień, w którym będę mogła to zrobić. Pod koniec pierwszego roku studiów, tuż przed sesją, zostałam poinformowana o tym, że mam bliźniaka genetycznego, który potrzebuje mojej pomocy. Przeszłam wstępne badania krwi, moje wyniki zostały zaakceptowane ale potem sprawa utknęła w martwym punkcie. Okazało się, że istnieje jeszcze jedna osoba, która posiada kod genetyczny podobny do mojego i biorcy, w związku z czym podjęto decyzję, że to ona zostanie dawcą.

Po roku od tego wydarzenia, dokładnie w wakacje po drugim roku studiów, znów odebrałam telefon od DKMSu i dowiedziałam się, że tamten przeszczep prawdopodobnie nie doszedł do skutku, bądź się nie przyjął i moje komórki są w dalszym ciągu potrzebne. Od razu odpowiedziałam, że niezmiennie wyrażam zgodę na pobranie.

Badania przeszłam w Krakowie, czyli w mieście, w którym mieszkam. Po badaniach odbyło się spotkanie z lekarzem, który wytłumaczył nam (ponieważ w badaniach tamtego dnia brało udział około dziesięciu potencjalnych dawców) cały przebieg pobrania szpiku i rozwiał wszelkie wątpliwości. Otrzymałam przy tym zestaw strzykawek z substancją namnażającą komórki i dokładną instrukcję, jak bezpiecznie wykonywać zastrzyki.

Przyznam szczerze, że dni w których przyjmowałam Neupogen nie były dla mnie łatwe. Odczuwałam dosyć silne bóle głowy, rąk i kręgosłupa. Równocześnie z rozpoczęciem zastrzyków, zaczęłam nową pracę, na której bardzo mi zależało, więc zrezygnowałam ze zwolnienia lekarskiego. I chociaż nie czułam się najlepiej, to myślałam sobie “Czym jest moje chwilowe kiepskie samopoczucie, w porównaniu z tym, co czuje i myśli biorca.”.

Obawiałam się trochę momentu pobrania ale wszystko poszło bez komplikacji. Podczas wkłuwania wenflonów po prostu zamknęłam oczy.

Kiedy po oddaniu szpiku dowiedziałam się, że biorcą jest młoda kobieta, to rozpłakałam się tak, że moja mama zupełnie nie rozumiała co do niej mówię. To niesamowite emocje. Moje myśli skupiły się wtedy konkretnie na wyobrażeniach o tej dziewczynie i jej życiu. Zdałam sobie sprawę, że właściwie nikt nie wie, kiedy będzie potrzebował tego typu pomocy, bo to przecież młoda osoba – tak samo jak ja. Może też była na studiach, kiedy dowiedziała się o chorobie? Albo  ma małe dzieci?

Wiem, że nie można nikogo zmusić, by podjął decyzję o dawstwie szpiku. Ale uważam, że to pewnego rodzaju “ludzki obowiązek”. Nie wiesz, czy Ty sam, lub ktoś z twoich bliskich nie będzie kiedyś potrzebował szpiku. Oczywiście na co dzień nie myślimy o czarnych scenariuszach ale warto czasem wyobrazić sobie życie z innej perspektywy.

Pamiętaj, że jedyne lekarstwo na nowotwór krwi jest w drugim człowieku. Być może także w Tobie.

Gdybym ja miała wybierać, zdecydowanie zrobiłabym to jeszcze raz.