Krzysztof Grzemiński

22 Lipiec 2018

Moja historia z DKMS zaczęła się we wrześniu 2016 roku. Po wielokrotnym upominaniu, w końcu odesłałem pałeczki i otrzymałem kartę dawcy.  Przez okres dwóch lat jaki minął, zdążyłem już zapomnieć, że jestem potencjalnym dawcą, jednym z wielu w bazie DKMS.

W styczniu 2018 roku nieoczekiwanie zadzwonił do mnie warszawski numer telefonu. Nie odebrałem. Gdy jednak przyszedł sms Fundacja DKMS, prosimy o pilny kontakt, szybko oddzwoniłem.

Cała procedura potoczyła się wyjątkowo szybko: dokładne informacje, procedury aż po laboratorium, wyniki krwi i czekanie na informacje co dalej.  W lutym potwierdzono moją zgodność, niestety klinika chorego wybrała innego dawcę. Proces jak szybko się rozpoczął, tak równie szybko dobiegł końca. Było wówczas rozczarowanie, bo chęć pomocy była ogromna. Myślałem wtedy, by oddać krew, w końcu rzadką mam grupę. Mimo wszystko postanowiłem poczekać, znałem historię, gdzie wracano do dawcy z którego zrezygnowano.

Może to był impuls lub przeczucie, sam do dziś nie wiem. Nie zdążył upłynąć nawet miesiąc, gdy telefon zadzwonił ponownie. 

Był już marzec 2018 roku, ponowne badania, kolejny raz wszystko od nowa. Tylko probówek przybywało. I tym razem potwierdziła się zgodność. Niestety, ze względu na zły stan chorego muszę czekać. Byłem zarezerwowany dla tego samego chorego. 

Za każdym razem zgadzałem się na pobranie metodą jaką wybierze lekarz. Pojawiał się też stres, gdy musiałem wykonać dodatkowe badania a proces pobrania opóźniał się. Później dieta w moim przypadku, aż do pierwszych zastrzyków czynnika wzrostu komórek macierzystych. 

Gdy jest już po wszystkim miło przyznać się do fobii igieł i widoku krwi. Najważniejsze, że pomimo tego udało się oddać komórki macierzyste dla chorego. Wszystko odbyło się ekspresowo i bezboleśnie z krwi obwodowej w zaledwie 3 godziny. Atmosfera badania i profesjonale podejście do mnie przez personel szpitala jak i fundację DKMS oceniam wzorowo. Dziękuję :).

Podarować część siebie, dać komuś szansę na nowe życie, to uczucie, którego nie da się opisać słowami. To trzeba przeżyć. Mam nadzieję, że mój bliźniak genetyczny z Walii wróci do zdrowia, trzymam kciuki.