Małgorzata Procek

22 Maj 2018

W dzisiejszych czasach bezinteresowna pomoc nie jest w modzie…. nie podążajmy ślepo za modą!!!

Kilka lat temu w mojej miejscowości został zorganizowany Dzień Dawcy Szpiku. Inicjatorką akcji była jedna z mieszkanek naszej miejscowości dla swojej bliskiej osoby chorej na nowotwór krwi. Dziewczynę znałam wówczas tylko z widzenia, ale zaimponowało mi to, że zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby zmobilizować znajomych, przyjaciół i zupełnie obce osoby, aby przyszli i zarejestrowali się jako potencjalni dawcy.  Poszłam i ja… Wydarzenie zostało medialnie nagłośnione przez lokalne media i okazało się małym sukcesem. Nie wiem ile wówczas zarejestrowało się potencjalnych dawców, ale widziałam, że ludzie interesowali się wydarzeniem i z zaciekawieniem odwiedzali miejsce akcji.  Od tamtej pory żyłam zupełnie normalnie.

            Przełom roku 2016/2017 był jakiś taki nijaki, po prostu szara codzienność. Kiedy w kwietniowe popołudnie wróciłam po pracy do domu i odczytałam e-maila z DKMS…”Proszę o pilny kontakt”. Serce zaczęło szybciej bić, ręce trzymające komórkę zadrżały. Szybko zadzwoniłam pod podany numer telefonu. Nie zdążyłam nawet doczytać do końca tej wiadomości… W jednym momencie telefon wyrwał mnie z jakiegoś marazmu. Pani z fundacji zapytała, czy podtrzymuję decyzję, którą podjęłam kilka lat temu. Znalazła się  prawdopodobnie konkretna osoba, która potrzebuje MOJEJ pomocy. „TAK”- powiedziałam zdecydowanie – jakbym otworzyła okno i wpuściła świeży powiew wiosny do mojego życia „..ale na czym to będzie polegało”- zapytałam zaraz za chwilę. Miły głos pani z fundacji  bardzo dokładnie wytłumaczył mi jak wygląda pobranie komórek macierzystych oraz pobranie szpiku z talerza kości biodrowej. Zgodziłam się bez większych obaw. Poproszono mnie jeszcze o wypełnienie ankiety zdrowotnej!

Po odłożeniu słuchawki usiadłam i nie mogłam uwierzyć … „mam swojego bliźniaka genetycznego - mogę mu dać szansę na nowe życie!”…

Ta wiadomość ucieszyła mnie, aczkolwiek poczułam pewien niepokój. Pochwaliłam się najpierw najbliższej rodzinie,  musiałam zrobić badania krwi, by potwierdzić zgodność. Później zrobiono mi komplet badań wirusologicznych, by wykluczyć choroby zakaźne. Funkcjonowałam normalnie, ale czułam się zupełnie inaczej. Zanim powiedziałam innym znajomym zaczekałam na wyniki badań. Na każdym etapie koordynatorzy z fundacji kontaktowali się ze mną i pytali czy dalej jestem zdecydowana. Po każdym pomyślnie przebytym etapie cieszyłam się coraz bardziej i  nie mogłam się doczekać finału. Kilka osób próbowało mnie odwieść od mojej pewnej decyzji - mówili, że to boli, że to może być dla mnie niebezpieczne itd. Jednak nie jestem osobą, która łatwo zmienia zdanie. Na własną rękę poszukałam informacji w Internecie, otrzymałam foldery z fundacji i przeczytałam relacje osób, które zostały dawcami. Uspokoiłam się. Medycyna się rozwija i to już nie te czasy. Niepokój w moim sercu pojawił się wtedy, kiedy otrzymałam informacje o tym, że stan zdrowia pacjenta się pogorszył i trzeba będzie poczekać kiedy się poprawi. Nadeszły pozytywne wieści i otrzymałam wyznaczone przez kliniki terminy, oczywiście dopasowane również do moich planów.

            Pierwsza wizyta w klinice na przeprowadzenie wszystkich niezbędnych badań, konsultacje medyczne i ostateczną kwalifikację była dla mnie dość niezwykła. Już z samego rana czekała na mnie sympatyczna pielęgniarka, która towarzyszyła mi niemal przez cały pobyt w klinice. Prowadziła mnie na kolejne badania, dbała bym się nigdzie nie zagubiła, odpowiadała na wszystkie moje pytania i rozwiała wątpliwości. Po przeprowadzeniu wymaganych badań oczekując na zebranie wyników miałam trochę czasu. Pielęgniarka odprowadziła mnie pod gabinet lekarski, gdzie miały odbyć się konsultacje medyczne ze specjalistą.

Poczekalnia była pełna ludzi,  ale mam przed oczami do dziś pewne sytuacje i strzępki rozmów. Usiadłam w samiuteńkim kąciku, gdzieś za przeszklonymi drzwiami, bo tylko tam były dwa wolne krzesła. Zaczęłam podpisywać stosowne zgody i zajmowałam się moimi sprawami będąc jednocześnie świadkiem rozmów osób siedzących razem ze mną w poczekalni. Była tam młoda śliczna dziewczyna, nastolatka w misternie zwiniętym turbanie, modnie i gustownie ubrana. Była bardzo rozmowna i świadoma swoich problemów. Z drugiej strony siedział starszy szpakowaty pan z bródką ze skórzaną aktówką, złotym sygnetem na palcu, miał bardzo niski spokojny głos. Mówił, że przyjechał na konsultacje aż 600km. Była niewysoka brunetka po trzydziestce - kilka razy dzwoniła do domu pytając  czy jej trójka dzieci wróciła ze szkoły do domu, czy dzieci zjadły obiad…. Była pełna niepokoju i troski o swoją rodzinę i chyba też o to co teraz będzie dalej... Jedni ludzie odchodzili inni przychodzili…  Przyszedł razem z ojcem młody chłopak postury koszykarza i usiadł naprzeciw mnie. Był wysoki, dobrze zbudowany, a chorobę zdradzała jedynie maseczka ochronna założona na usta. Niemożliwe, że tak wysportowany facet może zachorować. Niemal wszyscy ludzie w poczekalni pochłonięci byli rozmową, wymieniali się swoimi doświadczeniami… Siedziałam, a serce biło mi tak głośno, że bałam się, że ktoś je za chwilę usłyszy. Wychylałam tylko co jakiś czas nos zza dokumentów. Z całego tego towarzystwa to tylko JA byłam zdrowa, silna.  Wszyscy ludzie nie różnili się ode mnie niczym innym - poza doświadczeniem ciężkiej i wyniszczającej choroby.

            Odkryła się dla mnie ta druga strona życia. Zobaczyłam jakie cierpienie i smutek jest po tamtej stronie - mimo wszystko trzeba być silnym dla rodziny, bliskich. Czasem trzeba trzymać na wodzy swoje uczucia, uśmiechać się do bliskich, cieszyć z banalnych rzeczy. Robienie sobie wyrzutów nic nie daje. Oni muszą toczyć walkę o każdy nowy dzień! Choroba nie wybiera. Bez względu na wiek, pochodzenie społeczne, płeć może dotknąć każdego.

Podczas wizyty  pani doktor zbadała mnie dokładnie i wytłumaczyła jak będzie wyglądało pobranie komórek macierzystych z krwi obwodowej. Na odchodne uścisnęła moją dłoń i bardzo dziękowała mi za moją zgodę. Kiedy wyszłam z gabinetu czekała na mnie już pielęgniarka, ale ja odwróciłam się do wszystkich tych ludzi w poczekalni i powiedziałam łamiącym się głosem, że wszystkim im życzę DUŻO ZDROWIA I SZCZĘŚCIA… Kiedy wychodziłam z kliniki emocje wzięły górę i po moich policzkach popłynęły zły. Pielęgniarka zapytała, czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że jestem ostatecznie pewna swojej decyzji!

            Po kilku dniach wróciłam do kliniki na pobranie. Zabrałam ze sobą osobę towarzyszącą, ale nie we wszystkich klinikach jest możliwość, by osoba ta mogła być obecna podczas pobrania. Na początku zbadano mi znowu krew i po odebraniu wyników po kilkunastu minutach podłączono mnie do maszyny, która pobierała mi krew. Działo się to prawie tak samo jak oddaje się ją honorowo. Różnica polegała w zasadzie tylko na tym, że w drugiej ręce miałam założony drugi wenflon, którym krew wracała. Pielęgniarki były miłe, żartowały, przyszła mnie zobaczyć również pani doktor, która oznajmiła, że być może czeka mnie jeszcze jeden dzień pobrania. Cały ten czas po prosu wygodnie sobie leżałam okryta kocykiem. Towarzyszyły mi takie emocje, że nie odczuwałam żadnego bólu. Pielęgniarka przyniosła termofor pod rękę z której krew wypływała, żeby rozluźniła się żyła. Zrobiło mi się miło i ciepło, nawet na chwilę się zdrzemnęłam. Samo pobranie trwało ok 4 może 5 godzin. Nie wiedziałam do końca czy wystarczy tych komórek macierzystych i myślami już szykowałam się na kolejny dzień. Na szczęście okazało się, że zebrano wymaganą przez klinikę biorcy ilość materiału.

Ktoś może sobie pomyśleć – i co z tego masz dla siebie? A ja wiem, że jeszcze więcej zyskałam, niż dałam. Po prostu zrobiłam tylko to, co podpowiedziało mi serce. Towarzyszyła mi szczera radość, że mogę komuś pomóc i nic w zamian nie oczekuję….

Reakcje ludzi są różne, ale zdecydowana większość uważa, że zrobiłam coś wielkiego. A dlaczego o tym opowiadam? Dlatego, aby więcej ludzi zarejestrowało się jako potencjalni dawcy.

            Wróciłam do swojego dotychczasowego życia: do rodziny, do przyjaciół, do sportu. Po pobraniu nie miałam ani śladu na rękach. Bolała mnie jedynie trochę głowa i kości jak po zwykłym przeziębieniu. Dostałam piękną broszkę i kartę Dawcy Przeszczepu (to piękne - ale przecież nie o to w tym chodzi). Jestem szczęśliwa i bogatsza o nowe doświadczenia. Poprosiłam fundację o informowanie mnie o stanie zdrowia mojego bliźniaka genetycznego. Odtąd jest jeszcze jedna osoba w moich myślach.

            Media mówią, że ”W Polsce co godzinę ktoś dowiaduje się, że jest chory na białaczkę. Dla niektórych chorych jedyną nadzieją na wyzdrowienie jest przeszczep. Aż 75 proc. z nich musi szukać bliźniaka genetycznego wśród dawców niespokrewnionych.”  Dawcą spośród rodziny może być tylko rodzeństwo.

            Nie chcesz pomagać, nie musisz! Pamiętaj jednak, że to ty kiedyś możesz potrzebować takiej pomocy lub ktoś z twoich bliskich. Wtedy zrobiłbyś wszystko, by uratować życie swoje lub pomóc bliskim.  Dawca staje się darem od losu, przysłowiową szóstką w totolotku, szansą na życie!

            Tym akcentem zachęcam do zarejestrowania się w bazie danych fundacji. Im więcej potencjalnych dawców, tym więcej istnień uda się uratować!