Marcin Kosmacz

12 Kwiecień 2018

Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest i nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi - Jan Paweł II

Mam 43 lata i pomaganie mam we krwi gdyż jestem też Honorowym Dawcą Krwi. Oddałem już 10 litrów krwi i zamierzam dalej w miarę możliwości dzielić się tym cennym składnikiem.

O Fundacji DKMS dowiedziałem się przypadkiem z Internetu, po przeczytaniu krótkich informacji bez wahania zamówiłem pakiet rejestracyjny. Moja data rejestracji to 19 październik 2015 r. Dostałem kartę dawcy ze swoim numerem i czekałem, a w między czasie kontynuowałem oddawanie krwi w RCKiK. Aż na początku tego roku dostałem maila, a następnie telefon, że znaleziono bliźniaka genetycznego, który potrzebuje mojej pomocy. Padło pytanie z fundacji czy nadal jestem chętny do oddania i czy zgadzam się na badania. Odpowiedź mogła być tylko jedna: TAK. Było to, niesamowite uczucie, że będę mógł komuś pomóc i nie mogłem się doczekać kiedy do tego dojdzie.

Jak się okazało nie jest to takie hop siup, gdyż trzeba odpowiednio przygotować biorcę i przeprowadzić całą procedurę. Pierwsze badanie zgodności genetycznej wyszło w porządku, zatem czekałem na dalsze instrukcje. 5 marca udałem się do Warszawy na badania wstępne, które miały wykluczyć wszelkie zagrożenia zdrowotne. Po tygodniu dostałem odpowiedź, że wszystko jest OK i można zacząć działać.

Pobranie komórek macierzystych odbyło się kilka tygodni później, towarzyszyła mi żona, która razem ze mną przeżywała te chwile. Profesjonalna opieka w klinice w Warszawie sprawiła, że 5,5 godziny, które spędziłem na pobraniu upłynęły w miłej atmosferze i jeśli miałbym to powtórzyć to z miłą chęcią bym to zrobił. Po powrocie do hotelu, otrzymałem telefon z kliniki z prośbą o przyjście następnego dnia na drugie pobranie. Niestety nie udało się odseparwać wystarczającej ilości komórek macierzystych. Rankiem, znowu siedziałem na fotelu. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia, że będę ponownie kłuty i znowu będę siedział parę godzin. W trzy godziny udało się pobrać potrzebną ilość komórek macierzystych. 

Tak zakończyła się moja przygoda z kliniką i miłym personelem. W drodze do domu, Pani z fundacji poinformowała mnie, że biorcą jest Pan w średnim wieku, który mieszka w Niemczech.

W ten sposób podarowałem nowe życie mojemu bliźniakowi genetycznemu, mam nadzieję, że moje komórki poradzą siebie w walce i z niecierpliwością będę czekał na informacje z Fundacji o stanie jego zdrowia. Jestem dumny, że mogłem komuś pomóc, będę zachęcał innych do rejestracji. Jestem dowodem na to, że pobranie komórek macierzystych nie boli, i że nie jest to żadne "kłucie w kręgosłup„ jak większość myśli. Jest to niesamowite uczucie, satysfakcja z podarowania komuś cząstki siebie.

Rejestrujcie się w DKMS, bo naprawdę warto, a tak nie wiele trzeba, ty nic nie tracisz a ktoś może zyskać - ŻYCIE.