Marcin Stawiński

22 Lipiec 2018

Moja historia z DKMS rozpoczęła się w 2013 roku, podczas przeglądania Internetu trafiłem na spot reklamowy fundacji DKMS i postanowiłem się zarejestrować.

Motywacją do rejestracji była śmierć mojej mamy, która zmarła na raka. Stwierdziłem wtedy, że mojej mamie nikt nie mógł pomóc, ale ja mogę pomóc komuś kto takiej pomocy będzie potrzebował.  Na początku czekałem na telefon, czas mijał a telefon milczał, z biegiem czasu przestałem oczekiwać na telefonu i praktycznie zapomniałem o fundacji...

Na wiosnę tego roku zadzwonił do mnie telefon, numer kierunkowy warszawski, z lekkim poirytowaniem odebrałem nastawiając się na kolejną reklamę. W słuchawce usłyszałem „Dzień dobry Panie Marcinie dzwonię do Pana z Fundacji DKMS, jest ktoś komu może Pan pomóc czy nadal podtrzymuje Pan swoją chęć pomocy?”. Bez wahania potwierdziłem swoją gotowość zadając jedynie dwa pytania kiedy oraz gdzie mam się stawić. Podczas rozmowy telefonicznej z koordynatorką z fundacji DKMS bardzo dokładnie i szczegółowo wyjaśniono mi całą procedurę. Zostałem skierowany na pobranie krwi do powtórnej typizacji, po pobraniu i niecierpliwym oczekiwaniu na telefon z fundacji DKMS dostałem potwierdzenie, jestem zgodny z biorcą w 100%.

Zostałem skierowany na ostateczne badania kwalifikacyjne. Jeszcze nigdy nie zostałem tak dokładnie przebadany i w takim tempie. Pani pielęgniarka, która towarzyszyła mi przy rejestracji na każde badanie dość głośno anonsowała mnie za każdym razem: „Pan dawca”, nie powiem było to przyjemne i czułem się bardzo dumny z tego. Na oddziale hematologii ludzie się we mnie wpatrywali, słysząc „Pan dawca”, ale nie zwracałem na to większej uwagi, ponieważ byłem bardzo podekscytowany że zostanę dawcą.

Jednak jedno wydarzenie na oddziale hematologii pozwoliło mi zrozumieć kim są naprawdę dawcy dla chorych i dlaczego się tak wpatrywali we mnie, gdy pani pielęgniarka mówiła „Pan dawca”. Po wszystkich badaniach, czekając na oddziale hematologii na rozmowę z lekarzem podeszła do mnie nieznajoma kobieta z podpiętą chemią. Zatrzymała się naprzeciw mnie, chwilę spoglądała na mnie i powiedziała „Dziękuję Panu za to co Pan robi”, po czym wróciła na swoje miejsce. Słów a najbardziej spojrzenia owej nieznajomej kobiety nie zapomnę do końca życia. Spojrzenie wyrażało bezgraniczną wdzięczność i podziękowanie za to że są ludzie gotowi podzielić się cząstką siebie aby inni mogli żyć. Dotarło do mnie wtedy kim są naprawdę dawcy dla chorych. Szansą na ŻYCIE.

W końcu nadszedł dzień wyznaczony na pobranie komórek macierzystych z krwi obwodowej.

Kładę się na wygodnym łóżku, zostaję podłączony do aparatury, po jakimś czasie Pani doktor przychodzi z informacją, że nie została pobrana dostateczna ilość komórek macierzystych. Zaczynam się denerwować, pani doktor uspokaja mnie, że czasem się tak zdarza. Dostaję dodatkowy zastrzyk z czynnikiem wzrostu i zostaję poproszony o przyjście na dzień następny i znowu kładę się na łóżku, zostaję podłączony do aparatury. W mojej głowie jest jedna myśl czy „wyprodukwałem” wystarczającą ilość komórek macierzystych. Po jakimś czasie dostaję informację, że jest odpowiednia ilość komórek macierzystych, kamień spada mi z serca. Następnego dnia telefon z fundacji DKMS, pomogłem Pacjentowi z Polski. Trzymaj się mój bracie, walcz i nie podawaj się, zawsze będziesz mógł na mnie liczyć.

Rejestrujcie się proszę w Fundacji DKMS to nic nie kosztuje, a naprawdę możecie uratować komuś życie.