Michał Kraczkowski

7 Sierpień 2018

W Fundacji DKMS zarejestrowałem się w 2014 roku, ale dopiero w sierpniu 2017 roku przypomniał mi o tym telefon z Fundacji. Mogę jedynie powiedzieć, że emocje towarzyszące informacji o szansie na uratowanie czyjegoś życia są nie do opisania. Niedowierzanie, wzruszenie, chęć natychmiastowego działania.

Mimo przejścia pierwszych badań krwi, po 3 miesiącach od telefonu z DKMSu nic się niestety nie wydarzyło. Dopiero w kwietniu tego roku Fundacja skontaktowała się ze mną ponownie, pytając, czy nadal chcę podzielić się z kimś szansą na dalsze życie. Bez chwili wahania się zgodziłem i zostały umówione terminy badań oraz termin pobrania komórek macierzystych. Niestety na tydzień przed pobraniem okazało się, że stan mojego bliźniaka genetycznego nie pozwala na dokonanie przeszczpu, co było przygnębiającą informacją, ponieważ bałem się, że ten ktoś niestety nie zdoła doczekać się przeszczepu.

Na szczęście na początku lipca telefon zadzwonił ponownie i kolejny raz potwierdziłem swoją gotowość do zostania dawcą. Terminy powtórnych badań krwi i pobrania komórek macierzystych metodą aferezy zostały ustalone, a po badaniach, na parę dni przed pobraniem, zacząłem przyjmować zastrzyki powodujące wzrost komórek krwiotwórczych w krwi obwodowej i wiedziałem, że teraz już nie ma odwrotu. Przyjmowanie zastrzyków jest praktycznie bezbolesne i jedynie objawy po nich mogą być dokuczliwe. Są one jednak niewielką ceną za możliwośc uratowania czyjegoś życia.

W dniu pobrania trzeba pojawić się w klinice z samego rana i po mało przyjemnych wkłuciach czeka nas kilka godzin w jednej pozycji, dlatego warto mieć ze sobą książkę lub coś, czym zdołamy się zająć jedną ręką. Warto też przyjść z osobą towarzyszącą, żeby czuć się pewniej, chociaż Panie pielęgniarki były przemiłe i pełne wsparcia. Po pobraniu natomiast, mimo zmęczenia, czuje się dumę, radośc i wzruszenie, które potęguje telefon z Fundacji o tym, do kogo trafiła cząstka nas. Moje komórki trafiły do starszego mężczyzny zza granicy i kiedy o tym usłyszałem, siłą woli musiałem powstrzymywać zbierające się w moich oczach łzy i gulę w gardle wywołaną falą wzruszenia.

Teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że mój bliźniak genetyczny upora się z chorobą i będzie mógł nadal żyć i realizować swoje marzenia. A wszystkich, którzy jeszcze się nie zarejestrowali jako potencjalni dawcy, szczerze do tego zachęcam! Procedura jest bardzo prosta i szybka, a być może uratuje się czyjeś życie!