Historia Dawcy

Joanna Borowiak - historia dawczyni komórek macierzystych

15 Kwiecień 2020

15 sierpnia 2015 roku na jednym z festynów w moim rodzinnym mieście (święto Najświętszej Marii Panny i szczególna data, ponieważ w tym dniu są imieniny mojej kochanej Babuni) zarejestrowałam się jako potencjalny dawca przeszczepu w fundacji DKMS. Zajęło mi to raptem 5 minut. Towarzyszyła mi przy tym moja mama. Po rejestracji zapomniałam o tym. Obowiązki, praca, życie codzienne. W grudniu otrzymałam kartę potencjalnego dawcy przeszczepu.
 
Na przełomie stycznia/lutego 2016 roku nie spodziewając się niczego, nawet nie myśląc, że jest gdzieś mój bliźniak genetyczny otrzymałam telefon z fundacji (dziś mam gęsią skórkę i łzy w oczach na samo wspomnienie tego telefonu — oczywiście ze szczęścia, że mogłam pomóc). Po kilku dniach od pierwszej rozmowy z koordynatorem (pamiętam jak dziś – panem Marcinem) zaczęły się badania i oczekiwanie co przyniosą: czy jest zgodność, czy się uda? Po kilku miesiącach jest odpowiedź: Jest pani zakwalifikowana do dalszych szczegółowych badań (szczęście oraz łzy radości). Wrocławiu przybywam na szczegółowe badania. Badania przeszłam. Czułam się super z myślą, że będę mogła faktycznie uratować komuś życie (szczęście i oczywiście łzy radości). Otrzymałam zastrzyki Neuprogenum oraz informacje o swoim samopoczuciu w trakcie ich stosowania (nie było źle). W dniu oddania komórek macierzystych towarzyszyła mi córka, która bardzo to przeżywała chyba bardziej niż ja. Po 5 godzinach leżenia pod maszyną, która pobierała materiał do podania biorcy, otrzymałam telefon dla kogo one są. No i ponowne szczęście i łzy. Nie jestem beksą – to emocje wzięły górę – pozytywne emocje. Jest szansa na nowe życie dla mojego bliźniaka genetycznego pana z Anglii.
 
Po całej akcji oddania komórek otrzymałam odznakę oraz legitymację dawcy przeszczepu. No i ponownie powrót do rzeczywistości. W międzyczasie wystosowałam list do biorcy czy wszystko się udało, jak się czuje? Po jakimś czasie otrzymałam odpowiedz : Jest dobrze, dziękujemy (te słowa wywołały łzy szczęścia). Żyłam życiem codziennym przez około 4 lata i 4 miesiące. Dom, praca i tak się toczyło (nawet zostałam babcia przecudownego wnuka), aż 24 stycznia 2020 roku otworzyłam e-maila i czytam wiadomość od DKMS WAŻNA INFORMACJA (nie wierzę – po raz drugi). Wiadomość czytam kilka razy. Czy dobrze rozumiem? Zadzwoniłam pod podany numer (dobrze mi znany). Pytam: czy dobrze rozumiem, jest kolejna szansa na uratowanie kolejnego życia? Szok.
 
Tym razem sprawy potoczyły się błyskawicznie. Ustalenie daty badań wstępnych. Niestety po kilku dniach koordynator Kamil (przemiły człowiek) zadzwonił i poinformował mnie, że musimy ominąć te badania, gdyż biorca potrzebuje „mnie na cito”. Teraz wyjazd do Gliwic (żaden problem). Pięciogodzinne badania stwierdzają, że mogę zostać dawcą. Procedura jak za pierwszym razem. Po tygodniu od wizyty w Gliwicach zaczęłam ponownie brać Neupogen. Niestety, tym razem samopoczucie złe, ale co to jest w porównaniu do samopoczucia biorcy NIC – dam radę). Tak też się stało. Tym razem do Gliwic pojechała ze mną przyjaciółka. Opiekowała się mną najlepiej jak mogła. Zniosła dzielnie moje marudzenie i nocną bezsenność.
 
I nadszedł TEN DZIEŃ – po raz drugi oddałam komórki macierzyste. Dumna z siebie i ponownie szczęśliwa. Pani doktor, która informowała mnie, że udało się zebrać odpowiednia ilość komórek macierzystych, poinformowała mnie o złotej odznace dla zasłużonego dawcy przeszczepu. Jest to miły gest, ale ja się skupiam na informacji o moim kolejnym bliźniaku genetycznym, jest mężczyzna ze Stanów Zjednoczonych. Wierzę gorąco w to, że uda mu się, że moje komórki pomogą, że wyzdrowieje i będzie mógł się cieszyć zdrowym życiem do późnej starości.
Mam nadzieję, że moja historia (oraz historie wszystkich dawców przeszczepów) przekonają tych, którzy jeszcze się nie zarejestrowali. Warto pomagać. Pomaganie jest fajne, a uratowanie życia jest cudowną sprawą.