Piotr Cebulski

26 Czerwiec 2018

Moja historia związana z DKMS rozpoczęła się w 2014 roku. Będąc w pracy przypadkowo przeczytałem, iż na uczelni organizowane są dni dawcy przez studentów farmacji.

Szybko zgłębiłem ważne informacje na temat choroby jaką jest białaczka oraz możliwości niesienia pomocy po czym zrobiłem sobie przerwę w pracy, wsiadłem w auto po to żeby po paru minutach pobrać wymaz z moich policzków i formalnie dokonać rejestracji w DKMS.Po tym czasie sporadycznie przypominało mi się, że jestem zarejestrowany w Fundacji DKMS. Przychodziły myśli, iż w zasadzie to dobrze, że nikt do mnie nie dzwoni. Co jakiś czas przychodziły do mnie listy, bądź informacje mailowe od DKMS co świadczyło, iż moje dane są aktualne, a Fundacja o mnie pamięta. W połowie lutego 2018 roku pamiętam, że dokładnie był to wtorek przeszła mi przez głowę myśl o fundacji i wyobrażenie, że ktoś się ze mną kontaktuje i informuje, iż mój bliźniak potrzebuje pomocy. To wyobrażenie było krótkie jednak dość silne i realne.

To nie było tylko wyobrażenie 

Równy tydzień później we wtorek zadzwonił do mnie warszawski numer i miły pan oświadczył, iż dzwoni z Fundacji DKMS. Moja odpowiedz od razu brzmiała „tak czułem.... zgadzam się”. Nie chce wiedzieć jaka była mina zdziwienia tego mężczyzny będącego po drugiej stronie telefonu. Przedstawiciel z DKMS jednakże oficjalnie poinformował mnie, iż na świecie istnieje mój bliźniak genetyczny, który potrzebuje mojej pomocy. Z radością na twarzy, potwierdziłem moją zgodę wyrażona w pierwszych sekundach rozmowy telefonicznej i już w piątek, stawiłem się na badaniach krwi potwierdzających typizację. Później już tylko czas się w głowie dłużył. Telefon nie chciał dzwonić.

Nastaje pierwsza połowa kwietnia- dzwoni do mnie przedstawicielka Fundacji DKMS, na twarzy znowu pojawił się uśmiech. W rozmowie telefonicznej usłyszałem jednak, iż znalazł się inny potencjalny dawca którego genotyp bardziej odpowiada temu, który posiada chory biorca. Z jednej strony smutek, że to jednak nie ja pomogę z drugiej natomiast radość, że na świecie żyje dwóch moich bliźniaków genetycznych a jeden z tych obecnie chorych, ma aż dwójkę „rodzeństwa” którzy są gotowi na ratunek jego życia. Tydzień później zadzwoniła do mnie przedstawicielka z fundacji DKMS oświadczając, iż to jednak moja osoba została wybrana przez klinikę biorcy a metoda pobrania która została wybrana to pobranie szpiku z talerza kości biodrowej. Nie ukrywam, że przez moją głowę przeszedł lekki strach lecz głównie wynikający z niewiedzy na temat szczegółów tej metody pobrania.

Ze strony fundacji otrzymałem wszelkie potrzebne informacje.

Po miesiącu stawiłem się w jednej z klinik na badaniach wstępnych. Tam... przemiła atmosfera, począwszy od obsługi hotelu po pracowników i lekarzy tamtejszej kliniki. Na miejscu w oczekiwaniach na badania, gdy siedziałem między ludźmi chorymi dopiero zacząłem dojrzewać do wiedzy na temat białaczki. Na tym pełnym ludzi korytarzu gdzie tylko ja byłem zdrowy, widać było smutek, płacz, frustrację i żal do świata o przeżywanie tej ciężkiej choroby. W rozmowach z nimi starałem się zrozumieć co to znaczy być chorym na białaczkę. Sam nie wiem jednak czy do końca mi się to udało. Po kilku godzinach dzięki nieocenionej pomocy opiekującej się mną pielęgniarce, przetrwałem szybko przez badania i zostałem ostatecznie zakwalifikowany do przeszczepu szpiku z talerza kości biodrowej.

Dzień zero.

W czerwcu stawiłem się w tej samej klinice dzień przed pobraniem. Po przyjęciu na oddział czekały mnie dodatkowe badania i rozmowa z lekarzem. Następnego dnia zostałem przewieziony na sale operacyjną, zegarek wskazywał godzinę 7:40.

Podeszła do mnie miła Pani i powiedziała do mnie „dobranoc”. Otwieram oczy nade mną stoi ta sama miła Pani która mówi „dzień dobry Panie Piotrze, zabieg przeszedł bezproblemowo, został Pan dawcą szpiku”.

Zegarek wskazywał godzinę 11:00. Po tym przewieziono mnie ponownie na oddział gdzie miałem odpoczywać. Czułem się szczęśliwy i wbrew temu co czytałem oraz przed czym mnie ostrzegano, nic mnie nie bolało, nie odczuwałem żadnego dyskomfortu, jedynie oprócz braku możliwości swobodnego pochylenia się. Minęło kilka godzin od wybudzenia się jak dostałem telefon z Fundacji DKMS, otrzymując podziękowania w imieniu rodziny nastoletniego chłopca z USA. Klinikę w której obdarzony byłem szczególną opieka i życzliwymi ludźmi opuściłem dzień później.

Po co to piszę? Dla dowartościowania się?- NIE. Piszę po to abyś Ty koleżanko oraz Ty kolego zarejestrowali się i pomogli. To nic nie kosztuje a lek masz w sobie! Pomożesz? Bo możesz!