Historia Dawcy

Teresa Kubieniec - historia dawcy komórek macierzystych

16 Kwiecień 2019

Hej Kochani! Dziś chciałam się Wam czymś pochwalić! Mam nadzieję, że moja historia będzie choć dla jednego z Was motywacją do zarejestrowania się w bazie Fundacji DKMS! Ja sama zrobiłam to jesienią zeszłego roku, za raz po tym, jak przeczytałam apel mojej znajomej, która doskonale wie, co znaczy zmagać się z nowotworem. Sama miała to szczęście, że udało jej się pokonać chorobę, ale na swojej drodze spotkała innych, którzy ciągle walczą, a ich jedyną deską ratunku jest przeszczep od niespokrewnionego dawcy. To właśnie w ich imieniu prosiła o pomoc. Dlaczego nie miałabym się podzielić cząstką siebie z kimś, kto właśnie takiej cząstki potrzebuje… by żyć?
Zaledwie kilka miesięcy po rejestracji w bazie, odezwała się do mnie fundacja DKMS z prośbą o pomoc mojemu bliźniakowi genetycznemu choremu na białaczkę. "Mam bliźniaka! Niesamowite!" - pomyślałam wtedy. Prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego Dawcy wynosi od 1:20 000 do nawet 1 do kilku milionów… a nam się udało! Nie wahałam się ani chwili, choć przyznam, że serce mocniej zabiło na myśl, że mogę zostać realnym dawcą szpiku (a ściślej - dawcą komórek macierzystych), że ktoś czeka na MOJĄ pomoc. 
Wszystko zaczęło się od maila: "została Pani wytypowana jako zgodna z konkretnym pacjentem...". Zaraz po tym był telefon z Fundacji z zapytaniem czy nadal chcę zostać dawcą oraz ze szczegółowymi informacjami jak by to miało wyglądać. Po potwierdzeniu mojej gotowości , fundacja umówiła mnie na pobranie krwi we wskazanej przeze mnie placówce. Po równych trzech tygodniach dostałam wiadomość, że wszystko jest ok i możemy się umówić do kliniki pobrania na bardziej szczegółowe badania wstępne oraz na sam zabieg. Wtedy też dowiedziałam się, że będzie to robione metodą poboru komórek macierzystych z krwi obwodowej. W skrócie opisując: z jednej ręki krew wypływa by specjalistyczny sprzęt mógł wybrać  sobie komórki macierzyste, a następnie taka "odwirowana" krew wraca drugą ręką. Nic strasznego i nic bolesnego. Żadnego grzebania w kręgosłupie! Na badaniach wstępnych zostałam także poinstruowana jak przyjmować tzw. czynnik wzrostu, odpowiedzialny za namnażanie komórek macierzystych w moim organizmie.
Sam zabieg trwał ok. 4 godzin. Siedziałam na wygodnym fotelu. Obok mąż dotrzymywał towarzystwa, a przemiły personel kliniki dbał o nasz dobry nastrój i udzielał odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania. Do dziś nie wierzę, że tak niewiele wystarczyło by móc uratować czyjeś życie – życie dziecka, małej osóbki... z Izraela.
Dla mnie było to coś niesamowitego - cudowne uczucie. Duma! Radość! Niedowierzanie! Tak niewiele może uratować komuś życie? Może! Ja już o tym wiem. Całym sercem jestem z moim bliźniakiem genetycznym i nie zawaham się pomóc znów, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Warto pomagać bo dobro zawsze do nas wraca.