Historia Dawcy

Wojciech Wawrzyniak - historia dawcy komórek macierzystych

16 Kwiecień 2019

Pewnego zimowego dnia dostałem informacje od mojego taty że dostałem przesyłkę z fundacji DKMS. Nie miałem zbyt wiele czasu aby się po nią zjawić i przełożyłam to na dzień następny. Nie zdążyłem dotrzeć do rodziców jak otrzymałem od taty kolejny telefon z informacją o następnych przesyłkach z DKMS. Poprosiłem tatę aby otworzył jedną z nich jeszcze przed moim przyjazdem. Tato otworzył jeden z listów i po raz kolejny do mnie zadzwonił i od tego czasu wszystko w moim życiu się odmieniło. 

 

W liście była zawarta informacja o tym, że zostałem potencjalnym dawcą komórek macierzystych i że znaleziono mojego bliźniaka genetycznego, którego mogę uratować. Oddzwoniłem niezwłocznie do fundacji i od razu zaczęła się cała procedura. Poddałem się bez wahania badaniom wskazanym przez fundację. Czekałem niecierpliwie na informacje z potwierdzeniem zgodności między mną a dawcą. Trwało to jakiś czas. Dłużyło się niesamowicie.  Ale jakoś dawałem radę, gdy nagle dostałem informację mailową, że mamy zgodność. W tym momencie zamarłem i nie wiedziałem, co mam zrobić. Na raz pojawiły się uczucie euforii, ale także strach i obawa przed tym jak to może wyglądać. 
Już wiosna 2018 roku otrzymałem informację, że mam się zgłosić  w klinice na ostateczne badania. Niedowierzanie i duma zarazem, bo nie każdego może spotkać taki zaszczyt uratowania komuś życia. Miało się to odbyć jeszcze wiosną, ale z powodu infekcji biorcy wszystko przekładało się w czasie. Nerwówka czy ma silną wolę i czy da radę wytrzymać i to przetrwać. Zaczęło się lato. Aż tu nagle telefon z informacją, że mogę zacząć pobierać czynnik wzrostu komórek macierzystych.
I stało się, piękna letnia pogoda i ja w klinice. Rewelacyjne uczucie. Mogę kogoś uratować. I tak też podtrzymałem swoje zdanie i zrobiłem, co uważałem za słuszne. Nie ukrywam, że było to najlepsze posunięcie w moim życiu. Przemiły personel pomagał i umilał czas podczas pobrania. Trwało to dość długo, bo około 4.5 h. Ale wierzcie mi było warto i nigdy ale to przenigdy nie zamieniłbym tego uczucia na żadne inne. Zaraz po całym zabiegu kurier czekał już na moje komórki macierzyste aby zawieźć je w miejsce docelowe do biorcy. Całkiem niedługo dowiedziałem się, że mój bliźniak otrzymał te komórki. A wspomnę nie chwaląc się uzbierano ode mnie podwójną ilość tych, które były potrzebne.
Do dziś dnia wiem, że ta osoba żyje już swoim życiem. Jest to dla mnie największą nagrodą z możliwych. Satysfakcja z tego, co zrobiłem była przeogromna. Każdemu kto może polecam, chodzę dumny z siebie jak paw i chwale się wszędzie dookoła co zrobiłem. Odbiegam od stereotypów i osobiście uważam, że takimi osiągnięciami powinniśmy się chwalić. A nóż ktoś weźmie z nas przykład i zrobi to samo. Ludzie, to nie boli A wierzcie mi, że im nas więcej tym lepiej. Tym więcej ludzi oczekujących na przeszczep  ma szanse na dalsze wspaniale  i pełne szczęścia i barw życia, które mu oferujemy i w rezultacie dajemy. Łączmy się i dawajmy z siebie wszystko. Albowiem jest to bardzo ale to bardzo ważne. Jak ważne to przekonacie się w momencie odebrania telefonu bądź listu z fundacji. I tego wszystkim z całego serca życzę. I mocno ściskam i pozdrawiam