Teresa Kubieniec - Dawczyni komórek macierzystych

Ostatnia aktualizacja: 12.03.2021

Hej Kochani! Dziś chciałam się Wam czymś pochwalić! Mam nadzieję, że moja historia będzie choć dla jednego z Was motywacją do zarejestrowania się w bazie Fundacji DKMS! Ja sama zrobiłam to jesienią zeszłego roku, za raz po tym, jak przeczytałam apel mojej znajomej, która doskonale wie, co znaczy zmagać się z nowotworem. Sama miała to szczęście, że udało jej się pokonać chorobę, ale na swojej drodze spotkała innych, którzy ciągle walczą, a ich jedyną deską ratunku jest przeszczep od niespokrewnionego dawcy. To właśnie w ich imieniu prosiła o pomoc. Dlaczego nie miałabym się podzielić cząstką siebie z kimś, kto właśnie takiej cząstki potrzebuje… by żyć?

Zaledwie kilka miesięcy po rejestracji w bazie, odezwała się do mnie fundacja DKMS z prośbą o pomoc mojemu bliźniakowi genetycznemu choremu na białaczkę. "Mam bliźniaka! Niesamowite!" - pomyślałam wtedy. Prawdopodobieństwo znalezienia odpowiedniego Dawcy wynosi od 1:20 000 do nawet 1 do kilku milionów… a nam się udało! Nie wahałam się ani chwili, choć przyznam, że serce mocniej zabiło na myśl, że mogę zostać realnym dawcą szpiku (a ściślej - dawcą komórek macierzystych), że ktoś czeka na MOJĄ pomoc.


Wszystko zaczęło się od maila: "została Pani wytypowana jako zgodna z konkretnym pacjentem...". Zaraz po tym był telefon z Fundacji z zapytaniem czy nadal chcę zostać dawcą oraz ze szczegółowymi informacjami jak by to miało wyglądać. Po potwierdzeniu mojej gotowości , fundacja umówiła mnie na pobranie krwi we wskazanej przeze mnie placówce. Po równych trzech tygodniach dostałam wiadomość, że wszystko jest ok i możemy się umówić do kliniki pobrania na bardziej szczegółowe badania wstępne oraz na sam zabieg. Wtedy też dowiedziałam się, że będzie to robione metodą poboru komórek macierzystych z krwi obwodowej. W skrócie opisując: z jednej ręki krew wypływa by specjalistyczny sprzęt mógł wybrać sobie komórki macierzyste, a następnie taka "odwirowana" krew wraca drugą ręką. Nic strasznego i nic bolesnego. Żadnego grzebania w kręgosłupie! Na badaniach wstępnych zostałam także poinstruowana jak przyjmować tzw. czynnik wzrostu, odpowiedzialny za namnażanie komórek macierzystych w moim organizmie.

Sam zabieg trwał ok. 4 godzin. Siedziałam na wygodnym fotelu. Obok mąż dotrzymywał towarzystwa, a przemiły personel kliniki dbał o nasz dobry nastrój i udzielał odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania. Do dziś nie wierzę, że tak niewiele wystarczyło by móc uratować czyjeś życie – życie dziecka, małej osóbki... z Izraela.

Dla mnie było to coś niesamowitego - cudowne uczucie. Duma! Radość! Niedowierzanie! Tak niewiele może uratować komuś życie? Może! Ja już o tym wiem. Całym sercem jestem z moim bliźniakiem genetycznym i nie zawaham się pomóc znów, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Warto pomagać bo dobro zawsze do nas wraca.


Ty też możesz uratować komuś życie!
Historie Dawców
Ta strona została zaktualizowana. Prosimy odśwież ją.