Historia Dawcy

Anna Stolarczyk - historia dawcy komórek macierzystych

10 Wrzesień 2019

To co, wie głowa i to, co czuje serce – nie oddadzą żadne słowa. Ciężko jest dobrać odpowiednie zwroty by nadać odpowiednią wartość temu, co człowiek może zrobić dla drugiego człowieka. Jan Paweł II powiedział kiedyś, ,,że kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. To zdanie chyba najbardziej trafia w sedno i jednocześnie daje dużo do myślenia. Zacznę jednak od początku…
Myślę, że moja historia i przygoda z DKMS jest troszkę inna niż pozostałe.To dzięki mojej Mamie miałam okazję zostać potencjalnym dawcą szpiku. Nie przez akcje rejestracji potencjalnych dawców, nie namowa znajomych czy zewsząd otaczające reklamy. To Jej przeżycia i choroba skłoniły mnie by spróbować komuś pomóc. Przez jej cierpienie, wylane łzy, miesiące spędzone w szpitalnej sali, w izolatce, przez pozbawioną włosów głowę, przez zdarte paznokcie, znaczną utratę wagi… Przez kompletny brak sił, że człowiek nie jest w stanie sam napić się wody ze szklanki… Przez chorobę, która wywraca normalne życie do góry nogami… Gdy cały spokój i moje młode lata skoncentrowały się na tym, by ratować najbliższą osobę. Tak – Mama usłyszała diagnozę - ostra białaczka szpikowa. Żyje bo człowiek o wielkim sercu, który sam stracił przez tą chorobę bliską osobę, również chciał przyczynić się do uratowania obcej istoty. Wraz z Siostrą jesteśmy Mu dozgonnie za to wdzięczne…
Do Fundacji DKMS dołączyłam kilka lat od przeszczepu szpiku, który przeszła Mama. Nie było to od razu – musiałam najpierw ułożyć swoje chaotyczne życie, ,,ogarnąć” i zrozumieć to, co się kiedyś działo. I uwierzcie mi, że gdy wraz z młodszą siostrą otrzymałyśmy zestawy pałeczek – Mama była na nas zła. Ona to wszystko znała i pamiętała z drugiej strony. W ogóle teraz się Jej nie dziwię, bo jako Matka po prostu bała się o własne dzieci. Nie miała świadomości, że oddanie szpiku mimo groźnego brzmienia jest niczym w porównaniu z chorobą. My upierałyśmy się i tłumaczyłyśmy w ten sposób, że gdyby Jej dawca myślał tak samo – mogło by Jej z nami nie być… Dalszych rozmów nie było, nie miała na to kontrargumentów… Wypełniłam formularz, pobrałam wymaz i odesłałam. W niedługim czasie otrzymałam kartę potencjalnego dawcy szpiku. Nie pozostało nic jak czekać. Wiele razy nachodziły mnie myśli, czy kiedyś oddam komórki, co będę wtedy czuła, czy nie stchórzę i się nie wycofam, albo że gdzieś moje dane przepadły bo nikt się nie odzywa, nie dzwoni. Gdy zaszłam w ciążę oczywiście poinformowałam Fundację. Po upływie określonego czasu, gdy już byłam brana pod uwagę przy poszukiwaniach – ponownie czekałam, aż nadszedł „mój dzień”!
To było w grudniu 2017 roku gdy otrzymałam informację, że jest Ktoś, kto potrzebuje mojej pomocy. Prawie krzyczałam TAK! TAK! TAK! I płakałam… Płakałam do telefonu bo nie wierzyłam... Od samego początku swoich rozmówców informowałam, że Mama jest po przeszczepie szpiku, że też chorowała na białaczkę, i że dzięki Fundacji żyje. Czułam się jakbym mogła „spłacić” swój dług wdzięczności za Mamę. Było i jest to dla mnie ogromne przeżycie i jednocześnie wyróżnienie. Gdy poinformowałam w pierwszej kolejności Męża, Mamę i Siostrę – wszyscy byli w szoku, Mama oczywiście płakała ale były to łzy szczęścia. Mówiła: ,,jedz, uratuj Kogoś – bo to też może być matka jakichś dzieci lub dzieciątko rodziców”. Ja nigdy nie miałam najmniejszych wątpliwości by zrezygnować, a wręcz nie mogłam doczekać się „tego dnia”. Wszystkie badania przeszłam pomyślnie. Zastrzyki z czynnikiem wzrostu robiłam sobie sama. Czy to boli? Absolutnie nic! Bardziej boli psychika, w naszej głowie tworzą się pewne „blokady” i ta świadomość, że człowiek sobie sam wbija w ciało igłę. A pomyślmy sobie czym jest ta malutka igiełka, ta łyżeczka preparatu, te około grypowe dolegliwości z tym, co przechodzi chory człowiek. Dla zdrowego człowieka to jest tylko kilka dni złego samopoczucia i po wszystkim. Chory cierpi miesiącami, przyjmuje silną chemię wyniszczającą organizm, jest zdany na łaskę innych, jego wygląd zewnętrzny zmienia się, że nie chce patrzeć w lustro… Psychika także zostaje mocno ,,nadszarpnięta”.
Na oddanie komórek z krwi obwodowej pojechała ze mną oczywiście Mama. Miałyśmy okazję jak nigdy porozmawiać ze sobą, spędzić trochę czasu inaczej niż na co dzień. Po oddaniu komórek przyznała mi się, że strasznie się tego bała. Wyobrażała sobie, że będę leżeć pod plątaniną kabli, że będę „ledwo żywa”, że cała rekonwalescencja będzie długa. Wszystko poszło niezwykle sprawnie. Badania krwi wyszły prawidłowe, szybko zostałam podłączona do separatora, Mama zasiadła obok mnie i dopingowała. Wówczas w mojej głowie zaczęło postępować niezwykłe przeobrażenie. Dopiero wtedy wszystko dotarło do mnie, że właśnie ratuję komuś życie, że gdzieś jest Ktoś, kto czeka na moje komórki, że może Rodzina modli się aby wszystko poszło pomyślnie. I gdy patrzyłam jak tych komórek jest coraz więcej i więcej, uświadomiłam sobie, że tak nie wiele potrzeba by Komuś życie przedłużyć, by wyzwolić go z koszmaru choroby, by ponownie był w domu z najbliższymi. Oddałam ich około 220ml – niepełna szklanka. I proszę zobaczyć jak sprawdza się powiedzenie, że życie to najcenniejszy dar, że zdrowia nie można kupić. Gdybym w ten woreczek włożyła w darze pieniądze – nie uratowałabym Tej osoby. Owszem, pieniądze mają ogromną wartość i zdaję sobie z tego sprawę – cała procedura i leczenie jest niezwykle kosztowne ale to nie one same w sobie są najcenniejsze.
Z fotela zeszłam jako zupełnie inny człowiek. Oddanie szpiku dało mi coś więcej niż tylko samą świadomość, że Komuś pomogłam. Dla mnie to nie są puste słowa – dla mnie jest to powód do dumy, czuję się „spełniona”, czuję się tak, jakbym spłaciła dług wdzięczności za to, że Mama jest z nami.
W delikatny sposób poruszę jeszcze inny wątek. Choroba Mamy była dla całej rodziny wielką tragedią, wszystko koncentrowało się na tym, by wróciła do zdrowia. Ja miałam wówczas około 19-20 lat, moja Siostra około 14. Najwspanialsze lata, młodość – nic tylko cieszyć się z życia i korzystać ile się da. Mi tak naprawdę nie było to dane. Przy okazji choroby Mamy zostawił nas ojciec czyli Jej mąż. Okradł, odszedł, „umył ręce” i zostawił same sobie. W międzyczasie zaznawałyśmy innego cierpienia, jakie nam wyrządzał. Ktoś słaby psychicznie dawno by sobie nie poradził – nowotwór plus odejście męża i ojca. Dwie tragedie w tym samym czasie. Zrezygnowałam ze studiów z Leśnictwa na SGGW by finansowo było nam lżej, by przejąć opiekę nad młodszą Siostrą, by zająć się Sklepem, który Mama prowadziła będąc zdrowa. Studia zaczęłam w pobliskim miasteczku by być blisko domu, Siostry i Sklepu. Do szpitala w Warszawie jeździłam praktycznie co drugi dzień. Podróż w jedną stronę autobusem zajmowała mi około 3 godziny. Dowoziłam Mamie czyste piżamy, ręczniki, żywność i inne niezbędne artykuły. Gdy Mama była w tzw. izolatce nawet się z Nią nie mogłam spotkać. Dzwoniłam spod oddziału, że już zostawiam torby, że zaraz lekarze Jej wszystko przekażą. Za każdym razem starałam się spakować Jej jakiś prezent by chodź troszkę umilić Jej pobyt – coś słodkiego, jakąś książkę, ciekawą gazetę, raz dałam Jej Aniołka z napisem ,,Na zdrowie”, który do dziś stoi u Niej w domu. W jednym roku Mamy nie było na Święta Bożego Narodzenia ze względu na pobyt w szpitalu. Całą Wigilię z Siostrą przepłakałyśmy, opłatek był wyjątkowo ,,gorzki” i nie chciał przejść przez gardło. Nieustannie pomagała nam rodzina z Mamy strony czyli Jej Rodzice i Brat z Żoną.
 
Ze mną i z siostrą nikt nie usiadł i nie porozmawiał, nie mówiąc o jakimkolwiek wsparciu psychologicznym, nie przedstawił „normalnie” całej sytuacji, nie wyjaśnił czym jest ta choroba, jak się leczy. Nigdzie nie nagłaśniałyśmy naszej sytuacji, nie organizowałyśmy akcji rejestracji szpiku dla Mamy bo nawet o tym nie wiedziałyśmy… Ja sama nawet nie chciałam się wczytywać w informacje zamieszczone w Internecie bo i tak dość wszystkiego miałam na głowie. Dokąd ojciec nie poszedł z domu, ciągle był temat śmierci. On tylko liczył na to, aż Mama odejdzie. Na dowód tego kupił i powiesił w szafie dwie czarne koszule… Nie wytrzymywałam już psychicznie. Z Siostrą było podobnie a nawet gorzej, raz nie wytrzymała i uciekła nam z domu. Jakby te wszystkie historie i przypadki spisać to powstałaby solidna książka. To co kiedyś przeszłyśmy w jakiś sposób ciągnie się za nami, mimo, że od tych wydarzeń minęło już kilka lat. Teraz trwamy w tym, że wszystko wróciło do normy. Mama jest zdrowa, cieszy się wnukami, ja mam wspaniałego Męża, który jest dla mnie niezwykłym wsparciem, mamy dwoje dzieci, Córkę i Syna. Siostra za to skończyła „za mnie” Leśnictwo na tej samej uczelni co ja zaczęłam, obecnie mieszka i pracuje w Norwegii. Wkraczając w dorosłość niestety coś w Niej „pękło” i musiała przez jakiś czas korzystać z pomocy psychologa i terapii. Ja jakoś sobie radziłam i radzę, chociaż czasem również mam gorsze dni z tego powodu. Niejednokrotnie myślę, by dla własnego zdrowia i dla prawidłowego funkcjonowania rodziny również udać się do psychologa bo jednak ta cała sytuacja jakieś skutki uboczne w psychice zostawiła.
Chciałabym mocno zaznaczyć jak ważne jest wsparcie najbliższych w takiej sytuacji. Absolutnie chory potrzebuje go najbardziej, jednak gdy obok są dzieci, które są naocznymi świadkami dużą uwagę należy na nich skupić. Usiąść i wytłumaczyć co się dzieje, co to jest za choroba, jak zmieni się życie na jakiś czas. Nie odwracać się od chorego tak, jak zrobił to ojciec.
 
Włosy odrosną, waga powróci, szpital będzie wspomnieniem. My z Siostrą tego nie zaznałyśmy, musiałyśmy same dwie młode osóbki stoczyć z tym walkę.
W tym miejscu pragnę jeszcze raz podziękować wszystkim pracownikom Fundacji DKMS za to, co robią. Zarówno w Polsce jak i za granicami. Ich praca jest na wagę złota bo ratują ludziom najbliższych, Żony, Mężów, Dzieci… I gdyby nie wszyscy dawcy szpiku byłoby to nie możliwe.
Może powtórzę się za innymi – rejestrujcie się bo możecie uratować ludzkie życie. Nic tym nie tracicie a wręcz przeciwnie, zyskujecie genetycznego bliźniaka i świadomość, że dzięki Wam ktoś żyje. Że być może gdzieś ktoś modli się za Was i dziękuje Bogu za to, co dla Niego zrobiliście.
Mi oddanie komórek dało poczucie spełnienia. Ja naprawdę teraz doceniam to co mam i rozumiem tą chorobę. Całą rodziną a zwłaszcza z Mamą wiemy jak wygląda proces z jednej i drugiej strony, jak przebiega leczenie, przeszczep szpiku i oddanie komórek. Teraz zbieram wszystkie wspomnienia i powoli zasiadam, by napisać książkę.