Historia Dawcy

Wojtek Wojnowski - historia dawcy komórek macierzystych

10 Wrzesień 2019

Boisz się igieł? Ja też! Potwornie! Nawet teraz, ponad 5 lat po tym jak oddałem swoje komórki macierzyste.
Igieł bałem się zawsze. Jeszcze w podstawówce dałem nogę przed szczepionką z kolejki do gabinetu szkolnej higienistki. Przez blisko godzinę ukrywałem się za kwiatkiem, czekając aż zagrożenie związane z igłą minie. Przed igłą nie uciekłem. Ale odwlekłem. Wtedy był to mój mały sukces.
 
20 lat później byłem już przed 30tką i miałem się za niezłego twardziela, choć igieł bałem się przecież tak samo. Obejrzałem reklamę w TV i po wpływem impulsu zarejestrowałem się wtedy w bazie DKMS. Bez większego zastanowienia. Jak zwykle. Na fali fejmu, mody, chyba trochę dla lansu. Wtedy było to bardzo na czasie. Po jakimś czasie dotarła plastikowa, gadżeciarska karta dawcy.  Włożyłem ją do portfela, tak by było ją widać gdy wyciągam z niego cokolwiek.  Trochę na pokaz, chciałem żeby każdy widział jaki ze mnie bohater. Na pierwszym etapie igła jest jeszcze gdzieś tam daleko. Więc bohaterem jest się tylko potencjalnym. Podobnie jak dawcą. Ale to nie było ważne. Ważne, że karta tam była a logo DKMS wystawało i biło po oczach. Dobrze wiedziałem, że tylko niewielki odsetek potencjalnych dawców będzie musiało przechodzić później te wszystkie katusze. No to igły nie było. Jeszcze. Był fejm. Było fajnie.
 
Kwiecień 2013 roku. To właśnie wtedy, moje bohaterstwo zostało wystawione na pierwszą poważną próbę. Byłem w pracy, roześmiany wracałem z koleżanką z drukarni gdzie zamawialiśmy serię firmowych notesów. Na smartfonie pojawiła się ikona nowego maila. Odruchowo otworzyłem i… zamarłem. Niewiele pamiętam z pierwszego telefonu z fundacji.
 
Ciężko mi dziś opisać ogrom emocji, które się wtedy we mnie kotłowały. Strach przeplatany był myślami, o tym jak fajnie będzie się później pochwalić tym co zrobiłem znajomym. Jak dobrze będzie to wyglądało na moim facebooku. W głowie już liczyłem wszystkie lajki, które dostanę. Byłem dumny. I przerażony. Pewne było tylko jedno. Albo pójdę się kłuć i próbując uratować czyjeś życie wylansuję się na dobre albo plastikowa karta na zawsze pozostanie symbolem obietnicy bez pokrycia. Do gry wróciła więc igła. Nie mogło być inaczej. Za dużo było wtedy dla mnie do stracenia
Bałem się. No pewnie, że się bałem. Nie uspokajał mnie ani ciepły głos Agnieszki z fundacji, ani zapewnienia znalezione w sieci. Igła boli. I tyle w temacie. Czy bardziej niż ząb gdy się zepsuje albo głowa na fali mocnej migreny? Nie. Ale boli. I to mi wystarczyło, żeby się bać.
Decyzję podjąłem szybko. Chyba głównie dlatego, że było mi głupio. Trochę kiepsko było stchórzyć na tym etapie. Tłumaczyłem sobie, że skoro powiedziałem A, to muszę powiedzieć i B. Że skoro tylko 1 na 100 osób dostaje taką szansę to trochę niewdzięcznie będzie teraz powiedzieć „Sorry, to było nieprzemyślane, jednak nie będę dawcą. Radźcie sobie.”. Pozostała też opcja super fejmu. Przecież taki dawca faktyczny, to jest dopiero ktoś. Dobrze pasowało to do mojego niedopieszczonego ego. Z perspektywy czasu, myślę, że wtedy zrobiłem to chyba bardziej dla siebie niż biorcy. On uratował się chyba bardziej rykoszetem. Ale przeszczep przeżył. Było się czym pochwalić. Znowu było fajnie.
 
Minęło ponad 5 lat. To czas, w którym wystąpiłem w telewizyjnym spocie DKMS, i kiedy o moim czynie dowiedzieli się niemal wszyscy. Dostałem mnóstwo wiadomości z gratulacjami. To było moje 5 minut. Byłem bohaterem przez duże B. Korzystałem z tego i chętnie opowiadałem o tym jak to jest. Wypełniała mnie duma. Gdzieś w tym wszystkim zgubił się chyba tylko mój biorca… owszem wymieniliśmy kilka listów, rozmawialiśmy nawet przez telefon. Ale chyba głównie po to, by historia ta była jeszcze ciekawsza. Gdy emocje opadły, a w kolejnym spocie pojawili się już nowi dawcy przyszedł czas na refleksję.
 
Listy z biorcą wymieniliśmy regularnie, poznawaliśmy się wzajemnie, choć zamiast odrywać jak wiele nas łączy, częściej odkrywaliśmy jak bardzo się od siebie różnimy. Ja młody, dynamiczny, wygadany on… 70 letni weteran wojny w Wietnamie, trochę wycofany i introwertyczny. Mówił i pisał niewiele. Wielokrotnie wyobrażałem go sobie zanim jeszcze udało nam się nawiązać pierwszy kontakt. I nie da się ukryć, że wyobrażałem go sobie zupełnie inaczej. Czy byłem rozczarowany? Chyba tak, nie był przecież ojcem małego dziecka, którego udało się w ostatniej chwili wyrwać z ramion śmierci. Nie do końca pasowało to do mojej historii, którą chciałem się lansować. Byłem też bardzo zdziwiony, że osoby w tak zaawansowanym wieku poddawane są jeszcze przeszczepom. Wciąż nie widziałem prawdziwego sensu tego wszystkiego. Czułem ciągły niedosyt… chciałem więcej. I mimo, że w trakcie leczenia przyszła potrzeba by oddać swoje komórki dla niego raz jeszcze, wciąż było mi mało.
 
W zimie 2017 roku po raz pierwszy nie otrzymałem odpowiedzi na swój list. Chwilę później nie otrzymałem też odpowiedzi na list kolejny. Postanowiłem zadzwonić, ale w telefonie nie usłyszałem już charakterystycznego amerykańskiego sygnału. Gdzieś w środku zrozumiałem, że chyba przyszło mi się zmierzyć z momentem, w którym mój biorca zakończył swoją życiową podróż. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to chwila kiedy i ja wyruszę w podróż. Tym razem będzie to jednak podróż w głąb siebie.
 
Pewnego wieczoru gdy trawiły mnie poważne życiowe rozterki, a wszystko wydawało się bez sensu, coś mnie tchnęło i postanowiłem przeczytać wszystkie listy raz jeszcze. Tym razem spokojnie, bez pośpiechu. Odkryłem w nich wtedy coś czego do tej pory kompletnie nie potrafiłem docenić. Listy te, choć oszczędne w słowa, i mało rozrywkowe były bardzo bogate w treści. Czytając je zacząłem stawiać kolejne ważne pytania i spokojnie szukać w sobie odpowiedzi. Każdego dnia cierpliwie pracowałem nad sobą, budując moją wewnętrzną siłę. Dokładnie analizowałem zdanie po zdaniu. Dałem sobie czas, wiedziałem, że nic nie zmieni się z dnia na dzień. Historia sprzed lat każdego dnia nabierała nowego znaczenia. Zaczynałem wierzyć w siebie, tym razem nie oczekując już poklasku. To dzięki tym listom i pracy nad sobą zrozumiałem prawdziwą ideę dzielenia się dobrem. Tak po prostu. Nie chwaląc się tym wszem i wobec. Polubiłem też siebie i dałem sobie przyzwolenie by nie zawsze być doskonałym. Coraz częściej czuję teraz wewnętrzny spokój. Niemal całkowicie odstawiłem też wszystkie używki. Już ich nie potrzebuję… doceniam życie w jego najczystszej i najprawdziwszej formie.
 
Minęło ponad 5 lat. Wtedy mój strach był większy niż ból. Tak jest do dzisiaj. Za każdym razem gdy stoję na schodach ambulansu do oddawania krwi serce wali mi jak oszalałe. Nadal się boję. Dalej zagaduję pielęgniarki w środku, próbując przegadać wszystkie nieuniknione nieprzyjemności. Wciąż próbuję odwlekać moment wkłucia. Boję się. Ale jestem świadomy, że to strach a nie ból jest moją największą przeszkodą. Czuję w sobie dużą siłę. I dziś, po latach już wiem. Wiem, że już nie robię tego tylko dla siebie.
To jeszcze nie koniec mojej drogi, ale widzę swój cel. Wiem, już kim chciałbym być gdy zdążę odpowiedzieć sobie na wszystkie pytania. Mojego biorcy już nie ma. Ale jego słowa nadal żyją we mnie, i każdego dnia skłaniają mnie do tego by szukać dalej. By szukać siebie. I by dawać dobro. Bezinteresownie. Już nie jako plastikowy bohater, świecący kartą na prawo i lewo. To jest coś, co Frank pozostawił po sobie. Jego spuścizna. I choć Franka nie ma już wśród nas, to jego cząstka została. Została we mnie. Dziękuję.